Zrewolucjonizowana X muza, czyli wojna i rewolucja hiszpańska we współczesnym kinie

Tagi

Anarchistki

Tak ważne wydarzenie jakim była niewątpliwie wojna domowa w Hiszpanii i tamtejsza rewolucja, nie mogło zostać pominięte przez świat artystyczny, w tym również przez przedstawicieli X muzy czyli kina. W poniższym artykule chciałbym poświęcić szczególną uwagę kilku filmom które powstały w przeciągu ostatnich 10 lat. Zdecydowana większość z nich powstała w Hiszpanii, w kraju dla którego okres lat 1936-39 był okresem bardzo bolesnym. Bratobójcze walki pozostawiły po sobie wiele nie zaleczonych ran ale również wiele ciepłych wspomnień o braterstwie i solidarności społecznej. Właśnie takim tematom są one poświecone w większości. Filmy te obejmują tematycznie rewolucję wraz z jej pozytywnymi jak i negatywnymi aspektami, jak i wszystko to co wiąże się z radykalnymi zmianami społecznymi. Są to również filmy o walce z faszyzmem, nie pozbawione scen militarystycznych, bo taka była przecież ówczesna rzeczywistość. Tylko ostatni z omawianych obrazów pokazuje wojnę od strony nacjonalistycznej, frankistowskich rebeliantów. Mimo tego jest to obraz ciekawy i równie ważny co te obrazujące stronę republikańską i rewolucyjną.

Pierwszym filmem któremu chciałbym poświęcić nieco więcej miejsca jest słynny obraz angielskiego reżysera Kena Loach’a Ziemia i wolność” (Strona filmu na Filmweb). Ten trwający ponad 100 minut obraz powstał w 1995 roku, na niedługo przed obchodami 60 rocznicy wybuchu wojny domowej. Swym scenariuszem przypomina nieco fabułę książki Georga Orwella „W hołdzie Katalonii”. Zresztą przyznaje to sam reżyser, który książkę Orwella traktował na równi z innymi książkami historycznymi. Główny bohater filmu, David – bezrobotny członek partii komunistycznej, podobnie jak Orwell wyjeżdża jako ochotnik do Barcelony, potem trafia na front aragoński by wylądować w końcu w Barcelonie w maju 1937 roku. Tu nieco różni się od Orwella ponieważ stoi po stronie komunistów w bratobójczej walce podczas gdy Orwell stał po stronie anarchistyczno-poumowskiej. Również jak Orwell musi po kryjomu opuszczać Hiszpanię napiętnowany mianem trockisty i zdrajcy. Ale po kolei.

Film zaczyna się i kończy w czasach nam współczesnych, jego fabułę stanowią listy jaki czyta wnuczka głównego bohatera po jego śmierci. Gdy David znajduje się w rewolucyjnej Hiszpanii zupełnie przypadkowo zaciąga się do milicji POUM (tak zwyczajnie, bo byli to pierwsi ludzie jakich spotkał). Na froncie w Aragonii poznaje życie żołnierza wraz z powszechną nieraz nudą oraz solidarnością międzyludzką. Tam zaprzyjaźnia się również ze swymi współtowarzyszami w walce. Mamy więc cały kwiat europejskiego proletariatu, przeważnie komunistów o antystalinowskich poglądach (ale nie trockistów, POUM niesprawiedliwie oskarżany był o trockizm, którym posłużył się głównie Stalin i jego poplecznicy w zniszczeniu tej partii) jak i również anarchistów (jak choćby filmowa miłość Davida, Blanca grana przez Rosanę Pastor). Główną sceną filmu wydaje się być zajęcie wioski w której później przeprowadzono debatę nad dalszym losem ziemi i przyszłości. W czasie ataku ginie jeden z milicjantów. W wiosce zatrzymano ksiądz który wcześniej strzelał do milicjantów z wieży dzwonniczej, spotkał go taki sam los, jaki on zgotował kilku tamtejszym anarchistom, wydając ich w ręce faszystów. Egzekucji dokonano wśród ciał torturowanych i zamordowanych młodych anarchistów. W czasie ich wspólnego pogrzebu (co ciekawe, trumna zabitego milicjanta okryta została w flagę irlandzką, kraju z którego pochodził, a nie partyjną, dziwny to przejaw poczucia narodowego wśród internacjonalistycznych komunistów) po przemowach towarzyszy wszyscy wspólnie odśpiewali Międzynarodówkę (według mnie jest to jedna z najgorszych scen w filmie, poprzez nią reżyser podkreślił swój światopogląd co wydaje mi się, że było niepotrzebne i przez co scena ta nabrała wymiaru propagandowego). W czasie dyskusji na kolektywizacją ziemi zaobserwować można dwa przeciwstawne trendy w obozie republikańskim. Pierwszy z nich, prorządowy opiera się kolektywizacji i jest za pozostawieniem małej własności prywatnej. Drugi jest za całkowita kolektywizacją, wraz z ziemiami drobnych posiadaczy a jednocześnie antyfaszystów. Niestety problem ten został rozwiązany w sposób dość drastyczny, poprzez głosowanie. Kolektywizacja została ogłoszona, mimo protestów jednego z wieśniaków który się jej przeciwstawił.

Gdy nasz bohater zostaje ranny w czasie ćwiczeń z młodymi rekrutami milicji, nawiązuje się miłość pomiędzy nim a anarchistka Blancą. Po pobycie w szpitalu spotykają się w Barcelonie, niestety spotkanie to w finale jest nieco tragiczne, David zwiedziony propagandą stalinistów przechodzi w szeregi Brygad Międzynarodowych co dla Blanki oznacza zdradę rewolucji, cios w plecy zadany ręką byłego współtowarzysza. Dopiero wypadki majowe i bratobójcze walki pomiędzy prorządowymi siłami a anarchistami i radykalnymi lewicowcami z POUM przekonały Davida o słuszności wcześniejszej drogi i zdradzie jakiej dopuścili się proradzieccy komuniści. Drąc swą komunistyczną książeczkę członka Partii zrywa ostatecznie swe losy z komunizmem wzoru radzieckiego i powraca na łono niezależnej lewicy rewolucyjnej. Można by gdybać, że w ostateczności David został by pewnie anarchistą… W konsekwencji sowieckiej nagonki na POUM, partia ta została zdelegalizowana i oskarżona o spiskowanie z Franco (w filmie przez moment pokazana jest komunistyczna gazeta „Daily Worker” z dużym tytułem „Hiszpańscy trockiści współpracują z Franco”). Również i taki los spotkał międzynarodowy oddział Davida. Po wyczerpującej walce na froncie odział ten zostaje spacyfikowany przez regularne wojsko komunistyczne, jego dowódcy zostają aresztowani (podzielając z pewnością losy przywódcy POUM Andresa Nina, zamordowanego przez stalinistów). W czasie zamieszani ginie Blanca, rewolucyjna miłość Davida. Spoczywa ona we własnej skolektywizowanej wiosce, w ziemi która choć chwile należała do ludu (jak pisze później David, wioska ta została zajęta później przez komunistów i kolektyw rozwiązano siłą). Film kończy się scena pogrzebu Davida we współczesnej Anglii. Jego wnuczka symbolizuje nowe pokolenie rewolucyjnej młodzieży które będzie nadal ciągnąć tradycję swych poprzedników z lat trzydziestych.

„Ziemie i wolność” po raz pierwszy obejrzałem na zorganizowanym przez poznańskich anarchistów specjalnym pokazie. Niestety nie miałem szczęścia obejrzeć go wcześniej, film który był nominowany do nagrody festiwalu w Cannes wyświetlany był tylko w kilku miastach Polski i tylko po kilka seansów (w Barcelonie film nie schodził z ekranów przez 6 miesięcy, w Madrycie wyświetlany był jeszcze dłużej). Wcale mnie to nie dziwi, skoro w tym kraju wszystko co lewicowe jest od razu utożsamiane ze Stalinem i łagrami. W czasie owego anarchistycznego pokazu dwie sceny z filmu wywarły szczególną rolę na oglądających. Gromki aplauz towarzyszył scenie egzekucji księdza i podarcia książeczki partyjnej. Po seansie kilka osób przyznało się do płakania w czasie oglądania sceny rozbrajania oddziału POUM, sceny która szczególnie oddaje tragizm rewolucji w Hiszpanii, rewolucji zdradzonej i zniszczonej rękami agentów NKWD i ich wiernych psów z hiszpańskiej partii komunistycznej. Również w innych krajach seanse filmu „Ziemia i wolność” miały gorącą atmosferę. Na specjalne życzenie Loach’a opóźniono normalna dystrybucję filmu, najpierw chciał on puścić go w małych salach na pokazach dla młodzieży która ma łatwiejsza zdolność odbioru. Równocześnie powstało kilka wersji językowych, poza angielską również po katalońska, hiszpańska i inne. Katalońska premiera filmu przeobraziła się w manifestacje poparcia dla POUM. Przedmowa reżysera przerywana była ciągłymi aplauzami a większość publiki po seansach po prostu płakała. Organizowano debaty polityczne z udziałem byłych członków POUM jak i hiszpańskich komunistów (ci niewiele chyba zrozumieli z przesłania filmu skoro były sekretarz KPH zarzucił Loach’owi, że „zniekształca i poniża walkę ludu hiszpańskiego przeciwko faszyzmowi z lewackiego punktu widzenia”. No cóż, aż wstyd teraz się przyznać do błędów przeszłości).

Chciałbym jeszcze napisać kilka słów o atmosferze jaka panowała w czasie tworzenia filmu, jak i samym reżyserze na którego warto zwrócić uwagę. Loach chciał bardzo zachować autentyczność tamtejszych lat. Wioska którą w filmie zajmują milicjanci jest autentyczną wioską Mirabel koło Tervel. Wykorzystana ona została nie tylko jako dekoracja, czynny udział w zdjęciach brali również jej mieszkańcy. Loach wspomina, że początkowo ”kiedy zaczęliśmy rozmawiać z ludźmi, odczuwaliśmy zwarty opór, ale po kilku dniach tama ustąpiła. Wytworzyła się atmosfera braku zainteresowania ale w środku wyczuwało się największe zaangażowanie”. Sceny debaty kolektywizacyjnej wygląda jak rzeczywista debata w której występują zarówno aktorzy jak i autentyczni mieszkańcy wioski. Ponoć o losach tej dyskusji Loach nie był przekonany do końca, to sami dyskutujący mieli zadecydować o kolektywizacji. Wśród nich byli zarówno ludzie którzy pamiętali czasy wojny i czynnie uczestniczyli w działaniach CNT i innych syndykatów, jak i współcześni członkowie odrodzonej CNT. Ian Hart który zagrał główna role męską miał zakaz czytania czegokolwiek na temat wojny w Hiszpanii, miał być „naiwnym” Anglikiem rzuconym w wir wydarzeń politycznych. Trzeba przyznać, że udało się to w każdym calu.

Sam Loach temat filmu streszcza w dwóch wiele mówiących zdaniach. „Jest to historia wielkiej nadziei i to mnie przyciągało najbardziej. To jeden z tych rzadkich momentów w historii, kiedy widzi się ludzi zdobywających kontrolę nad własnym życiem.” Loach to reżyser zdecydowanie lewicujący. Bohaterami jego filmów są przeważnie ludzie pokrzywdzeni przez kapitalistyczne stosunki panujące we współczesnym społeczeństwie. Temat rewolucji podjął on również w emitowanym całkiem niedawno w polskiej telewizji filmie „Pieśń Carli”. Tym razem chodziło o rewolucję sandanistów w Nikaragui. Pomimo lewicowości reżysera, jest on jedną z najciekawszych postaci we współczesnym kinie, szczególnie tym odnoszącym się do tematów społecznych. Warto więc przełamywać schematy typu „lewicowiec = Stalin i łagry” i sięgnąć do twórczości Kena Loacha.

Przy okazji tego filmu chciałbym wspomnieć o artykule jaki ukazał się w #3/99 magazynu „Mać Pariadka”. Artykuł „Ziemia i brak wolności” był chyba jedyny tekst o filmie Loach’a jaki ukazał się w Polsce w piśmie o profilu wolnościowym. Co dziwne, w porównaniu z tekstami w zachodnich pismach anarchistycznych na ten temat, był ona bardzo krytyczny w stosunku do filmu, co może nieco zdziwić w wypadku filmu o wyraźnie antytotalitarnym przekazie. Autor owego artykułu, Bocian, zarzuca Loach’owi lewicowość (której reżyser nigdy jakoś nie krył) oraz brak poczucia smaku i zażenowanie jakie nadchodzi po jego obejrzeniu. Według niego film „Ziemia i wolność” jest kiepski i drażniący. Dlaczego? Przede wszystkim zarzutem głównym są „zagrywki, jakich jest cała masa w filmach ‘małego realizmu’”. Są to ponoć elementy „lewicowej propagandy rodem z lekcji PO, w stylu ‘późny Jaruzelski’”. Nie wiem dlaczego również przeszkadza autorowi wątek miłosny i nie uważam, by zarówno on jak i inne sceny z filmu sprawiały, że robi się z niego „prawdziwe kino familijne!”. Owszem, film może posiada w sobie sceny zbyt pompatyczne (jak omówiona już wcześniej scena pogrzebu czy kolektywizacji wsi o których wspomina również Bocian) ale w całości prezentuje się zupełnie inaczej. Mimo potknięć reżysera (choćby wspomniany również sztandar POUM z sierpem i młotem) film ten na pewno nie jest propagatorem komunistycznych rozwiązań wprowadzanych przy pomocy bagnetów towarzyszy. Loach jest lewicowcem, ale na pewno nie jest sympatykiem Stalina i metod używanych przez jego podwładnych w czasie wojny hiszpańskiej. Skupiając się na mało istotnych według mnie sprawach natury technicznej (np. kiedy reżyser wprowadza głośniejszą muzykę dla podkreślenia znaczenia sceny, a kiedy nie) i wytykając nieznaczne błędy w scenariuszu Bocian stwierdza, że film ten zaprzepaścił szansę na stanie się „dziełem o ogromnej sile oddziaływania”. I tu się on myli. Dzięki filmowi Loach’a ponownie zaczęto głośno mówić o zatraconej szansie jaka była z pewnością rewolucja w Hiszpanii. I to mówili o niej nie tylko anarchiści w swych gazetach i na spotkaniach ale również temat ten poruszano w szerszych kręgach. „Ziemia i wolność” stała się mimo zastrzeżeń pana Bociana ważnych głosem w dyskusji o tej zaprzepaszczonej szansie.

Drugim filmem o którym chciałbym napisać jest produkcja hiszpańska nosząca wiele mówiący tytuł Anarchistki („Libertarians”; Strona filmu). Bohaterkami owego filmu są faktycznie tytułowe anarchistki tworzące jeden z oddziałów milicji anarchistycznej na aragońskim froncie i będące członkiniami kobiecej organizacji Wolne Kobiety (Mujeres Libres) walczącej nie tylko z Franco ale i z konserwatywnymi przyzwyczajeniami hiszpańskiego społeczeństwa (również obecnymi w ruchu rewolucyjnym).>

Po ucieczce z zakonu młoda zakonnica Maria ukrywa się w burdelu wyzwolonym przez anarchistki. Udaje się później z nimi do Barcelony, skąd przemycają broń na front aragoński. W Barcelonie zapoznaje się z klasyką myśli anarchistycznej, jest pojętna co później widać we frontowych okopach (cytuje Kropotkina z pamięci). Po drodze jest świadkiem egzekucji biskupa co oczywiście śmiertelnie ją wystrasza. Na froncie poznaje ona życie w okopach jak i to czym jest wolnościowy komunizm który chcą po zwycięstwie wprowadzić anarchiści. Mimo, iż nie porzuciła Boga, akceptuje idee wyznawane przez anarchistów. Na froncie poznaje też byłego księdza, któremu życie darował sam Durruti, zajmującego się dystrybucją żywności i odzieży. Zarysowana między nimi wyraźna miłość niestety nie kończy się szczęśliwie. Maria jest osobą bardzo niewinną i zagubioną w wolnym świecie, mury klasztoru uczyniły z niej niewolnicę Boga i kościoła która nie poradzi sobie bez Boga i Pana. Dlatego też praktycznie nie odstępuje od „szefowej” anarchistek Pilary.

Wprowadzana przez komunistów militaryzacja i utworzenie Armii Ludowej zmusza hiszpańskie kobiety do powrotu do starych zajęć. Nie wszystkich udaje się do tego zmusić. Oddział Marii, mimo próby rozbrojenia, wciąż pozostaje na frontowych pozycjach. W konsekwencji pozostania na froncie zostają oni zaatakowani przez służących u boku Franco Maurów (tu ciekawostka, anarchiści byli ponoć jedynymi którzy opowiadali się po stronie niepodległości dla Maroka, cała republikańska lewica jak i frankistowska prawica była za utrzymaniem koloni w Afryce, dlatego też pewnie jedyni Maurowie walczący po stronie Republiki obecni byli w Kolumnie Durritiego) i w większości wymordowani. Główna bohaterkę ratuje przez niechybną śmiercią medalik jaki zatrzymała przy sobie i frankistowski oficer który uchronił ja przed gwałtem. W ostateczności ląduje w więzieniu gdzie przy konającej towarzyszce bez ogródek wyznaje już swą „anarchistyczną wiarę”.

Mimo tego, iż film ten wydaje się być bardzo realistycznym odzwierciedleniem anarchistycznej rewolucji to jednak po jego obejrzeniu pozostaje pewien niedosyt czy nawet niesmak. Niesmak wzbudzają u mnie przede wszystkim zbyt propagandowo ukazane sceny triumfu anarchistów, jak i ukazanie hiszpańskiego anarchizmu jako czegoś w rodzaju religii, co szczególnie oddaje finałowa scena w więzieniu gdzie cytat z klasyki myśli anarchistycznej brzmi niczym modlitwa. Wydaje mi się, iż w rzeczywistości anarchizm dla hiszpańskiego ludu oznaczał po prostu wolne życie, bez panów i religii, a nie był czymś zastępczym, czymś co można wstawić zamiast znienawidzonego kościoła. Poza tym, jakby nie patrzeć, film ten kojarzyć można również z filmami realizowanymi w czasach socrealizmu, brakuje mu trochę takiej zwykłej realności, codziennego brudu życia w okopach, prawdziwego życia w czasie wojny i rewolucji. W porównaniu z „Ziemia i Wolność”, mimo iż w całości poświęcony anarchizmowi, wypada nieco bladziej, może nie w temacie treści, a bardziej formy.

Film „Ay Carmela!” oglądałem kilka lat temu gdy emitowany był w polskiej telewizji. Jak to zwykle bywa, telewizja publiczna wartościowe filmu puszcza w późnych godzinach nocnych, a komercyjną szmirę w największej oglądalności. Tak też było w tym przypadku, a na emisję „Ay Carmeli!” trafiłem wtedy przypadkowo. Czego do dziś nie żałuję.

Ay Carmela!” (Strona filmu) opowiada historie trupy teatralnej której główny element stanowi piękna Carmela (w tej roli Carmen Maura znana m.in. z „Kobieta na krawędzi załamania nerwowego” Pedro Almodovara). Los tak nieszczęśliwie rzucił owa trupę, że w czasie próby przedostania się do w miarę bezpiecznej Walencji dostali się w ręce Falangi i włoskich faszystów walczących po stronie Franco. Wcześniej Carmela wraz ze swym towarzyszem Paulino występowała dla republikańskich wojsk i milicji robotniczych. Jednak gdy zaczął nadchodzić front postanowili oni udać się w bezpieczniejsze miejsce. Mieli niestety pecha i trafili do niewoli. Spod luf plutonu egzekucyjnego ratuje ich włoski porucznik-reżyser który namawia frankistów do ocalenia aktorów w zamian za ich udział w sztuce hołdującej katolickiej Hiszpanii i jej nowym władcom. Mimo oporów ze strony Carmeli, przyjmują oni tą rolę co w efekcie skończy się tragicznie.

Wyraźnym motywem w filmie Carlosa Saury jest wewnętrzny konflikt jaki przeżywa w sobie Carmela, prosta kobieta z ludu, o ostrym języku, braku kultury, bez wyraźnych ideałów politycznych ale z wielkim sercem. Jest to stan jaki w czasie wojny domowej przezywała w Hiszpanii nie jedna osoba. Albo kompromis z faszystowskim reżimem, albo śmierć pod murem. Mimo tego, iż Carmela przystała na kompromis, choć z wielkimi oporami, to w głębi serca była nadal po stronie ludu. W czasie finałowego przedstawienia, gdzie wcielić się miała w rolę przegranej Republiki, przy publiczności złożonej z jeńców Brygady Międzynarodowej (w większości Polacy którzy mieli być straceni następnego dnia), Carmela nie wytrzymuje wewnętrznego napięcia i sprzeczności pomiędzy tym co w środku a tym co wewnątrz. Jej ostatnia „kwestia”, słowa pieśni „Ay Carmela!” zostaje brutalnie przerwana kulą z oficerskiego rewolweru. W taki sam sposób w czasie wojny domowej zostało przerwanych wiele innych istnień młodych Hiszpanów i innych młodych ludzi z całego świata.

Zupełnie inną postawę prezentuje Paulino, który od razu ochoczo przystaje na współpracę, rzuca gdzieś w kąt to co robił wcześniej, zapomina o co walczą ludzie po drugiej stronie. Jego egoistyczne podejście do hiszpańskiego konfliktu pokazuje obraz, jaki nierzadko można było spotkać w owych czasach w Hiszpanii. Jednego dni jest się po jednej stronie, drugiego zaś stoi się tam, gdzie dawniej stał wróg. Myślę, że nie jest to postawa typowa dla Hiszpanów, tak zachowują się wszędzie ludzie gdzie dochodzi do bratobójczych walk (a nawet i tam gdzie wrogiem jest inne państwo, naród, kolaboranci są w każdej nacji, bez wyjątków).

To właśnie na podkreśleniu tego wewnętrznego konfliktu, tych kompromisów najbardziej zależało reżyserowi. Udało mu się to doskonale i film „Ay Carmela!” obrazuje to we wspaniały sposób. Warto jeszcze dodać, że film ten uważany jest za najlepsze działo C. Saury a potwierdzeniem tego mogą być nagrody Goya Prizes (hiszpański odpowiednik Oskarów) których dzieło to otrzymało aż 13 (m.in. za najlepszą aktorkę, aktora, scenariusz).

Całkiem niedawno program drugi telewizji publicznej pokazał hiszpański obraz W ramionach dojrzałej kobiety (Strona filmu) z polskim akcentem pod postacią Joanny Pacuła w jednej z ról kobiecych. Fabułę filmu stanowią perypetie miłosne młodego chłopaka pochodzącego z burżuazyjnej rodziny. Akcja rozpoczyna się wraz z wywołaniem powstania przez zbuntowane regimenty Franco. 16 letni wówczas Andres opuszcza katolicką szkołę i udaje się do rodzinnego miasta. Tam okazuje się, że mieszkanie jego matki zostało zajęte przez dozorcę a matka zaanonsowana u nowych władz jako faszystka. Nie zorientowany w sytuacji, udaje się w drogę na rebeliancką stronę, w czasie której zostaje zatrzymany przez anarchistów. Nie mając wyjścia przyłącza się do nich i po raz pierwszy przezywa miłosne uniesienia w ramionach angielskiej arystokratki zatrzymanej przez anarchistyczny patrol. Z frontowych okopów Andres zostaje przeniesiony do Barcelony, przechodzi kolejne miłosne wiraże i tam też zastaje go klęska Republiki. Jako były członek oddziałów anarchistycznych ląduje w obozie koncentracyjnym skąd wyciąga go matka, zaprzyjaźniona z szychą faszystowskiej Falangi. Jego powojenne losy są równie ciekawe, wiecznie poszukuje miłości i nie może zapomnieć o przeszłości, która była dla niego jedynym okresem pełnej wolności. Cały czas negatywnie nastawiony do nowej władzy stara się pomagać tym, co nadal wierzą w Republikę. Ratując męża kochanki idzie na układ i wstępuje do Falangi, nie na długo zresztą. Ponowna przygoda miłosna wydaje się być czymś więcej, dlatego też postanawia opuścić Hiszpanię którą uważa za kraj-więzienie, twierdząc, że można mieć również drugą ojczyznę, tak jak niejedna jest miłość.

W sumie film bardziej skupia się na miłosnych przeżyciach głównego bohatera niż na wojnie czy sytuacji politycznej, ale jednak można z niego wyciągnąć ciekawe wnioski, jakże inne od tych które wyciągają wprowadzający do filmu panowie Raczek i Kałżyński. Otóż według owych znawców kina, Andres jest typowym człowiekiem chorągiewką, zmieniającym swe poglądy w zależności od sytuacji. Całkowicie się z tym nie zgadzam, czemu dowodzi sam film. O ile do anarchistów wstępuje on poniekąd z przymusu, to później odnosi się do nich z wyraźną sympatią, nawet w czasach reżimu Franco. Do Falangi wstępuje tylko po to by ratować wroga faszyzmu, robi to z wyraźną niechęcią a los frankizmu jest mu zupełnie obojętny. W końcu ucieka z frankistowskiej Hiszpanii, chce wyjechać gdzieś daleko, jak najdalej od problemów jakie napotyka się w państwach totalitarnych. Swej ostatniej miłości wyznaje, że całkowitej wolności zażył tylko raz, raz tylko czuł się wolnym człowiekiem. I nie było to po zakończeniu wojny, a właśnie wtedy gdy był członkiem anarchistycznej milicji. Jest to wyraźny objaw prowolnościowej postawy, mimo iż wypowiadanej w porzucanym mundurze falangisty.

Siesta mogę niestety napisać niewiele. Miałem przyjemność go oglądnąć już jakiś czas temu i mogę nie pamiętać szczegółów, ale postaram się opisać atmosferę filmu i jego główny zarys.

Akcja filmu rozgrywa się po frankistowskiej stronie hiszpańskiego konfliktu. Główny bohater, młody oficer pochodzenia arystokratycznego zostaje skierowany do jednostki dowodzonej przez , o dziwo, człowieka o skłonnościach homoseksualnych. Akcja rozgrywa się głównie w kwaterze głównej owej jednostki gdzie największą „rozrywką” wydają się być egzekucje jeńców i osób cywilnych współpracujących z rządem republikańskim. Nasz bohater w końcu ląduje w plutonie egzekucyjnym rozstrzeliwującym księdza skazanego na śmierć. Co ciekawe, przedstawiona jest tu zupełnie odwrotna sytuacja niż w omawianej wcześniej „Ziemia i Wolność”. Tutaj katolicki ksiądz strzela do atakujących wioskę frankistów z kościelnej wieży, czy było to możliwe? Tak! O ile był to ksiądz baskijski. Kraj Basków był jedną z prowincji Hiszpanii która stanęła po stronie Republiki. Trochę to dziwne, że całkowicie katolicki kraj, gdzie socjaliści i anarchiści mieli niewielkie wpływy, stanął po stronie ponoć tak „antyreligijnego” rządu? Powodem było to, że właśnie ten rząd zapewniał Baskom regionalną autonomię podczas gdy frankiści mogli zapewnić tylko totalną i jednolitą hegemonię. Dziś niestety już nie pamiętam w którym regionie Hiszpanii rozgrywał się film „Siesta”, ale bardzo prawdopodobne jest to, że był to Kraj Basków. Zupełnie innym rodzajem duchownego, w porównaniu do rozstrzelanego księdza, był jeden z księży nieodłącznie towarzyszący świcie oglądającej codzienne egzekucje. Sutanna przepasana wojskowym pasem z rewolwerem z boku, wyraz twarzy zatwardziałego i wiecznie podejrzliwego fanatyka, surowość, zawziętość. Niestety, zdecydowana większość hiszpańskiego duchowieństwa stała po stronie nowego reżimu, i to jak widać stała zupełnie twardo i czynnie. Nie dziwią mnie więc radykalne rozwiązania hiszpańskich anarchistów wobec tamtejszego kleru, jeśli spotykali na swej drodze takich właśnie księży.

Innym, bardzo ciekawym epizodem filmu jest wspomniany wcześniej homoseksualizm wysoko postawionego oficera armii frankistowskiej. Wydawać by się mogło, że takie „zboczenia” były potępiane przez kościół w tamtych latach, a tu mamy jawny przykład współżycia pomiędzy dowódca a jednym z jego poddanych. Taka hipokryzja ze strony zwierzchników, którzy codziennie rano maszerują na mszę, otaczają się księżmi i wysyłają na śmierć setki osób, a z drugiej strony zaprzeczają temu w swych sypialniach chyba najbardziej poruszyła głównego bohatera, który zaczynał powątpiewać w słuszność reprezentowanych przez frankistów poglądów.

Oczywiście to nie wszystkie dzieła filmowe poświęcone okresowi wojny domowej w Hiszpanii. Kinematografia światowa czy europejska temat ten raczej pomijała, zdecydowanie lepiej prezentują się produkcje hiszpańskie, co oczywiście nikogo nie powinno dziwić. Z opisanych powyżej filmów tylko ten pierwszy powstał w koprodukcji brytyjsko-hiszpańskiej. Cała reszta jest produkcją hiszpańską, mimo międzynarodowego znaczenia hiszpańskiego konfliktu. Mam nadzieję, że z czasem polepszy się dostęp również do innych filmów mieszczących się w tym temacie, co skrupulatnie będziemy odnotowywać. Jeśli ktoś z was widział jeszcze coś innego (nie licząc dokumentów) i chciałby się podzielić swymi opiniami z innymi to zapraszam na nasze łamy. Tymczasem w temacie rewolucyjnej kinematografii to wszystko.

(Kr)

Tekst ukazał się magazynie „Inny Świat” nr. 14 (1/2001)

Reklamy

Relacja z pokazu filmu ” Pała ze sprawowania”.

Tagi

18 lipca 2014 w Anarchistycznym Klubie/Księgarni Zemsta odbył się pokaz filmu „Pała ze sprawowania” – jednego z najwybitniejszych filmów w dziejach kina anarchistycznego. Projekcji towarzyszyła dyskusja na temat wolnościowej edukacji, wsparta doświadczeniami osobistymi oraz analizą i krytyką idei państwowej „szkoły powszechnej”.  W dwugodzinnym spotkaniu uczestniczyło około 20 osób.

Pokaz i dyskusja były zarazem początkiem nowego projektu interdyscyplinarnego i międzymiastowego – „Film i anarchizm”. Podsumowuje on stan wiedzy o kinie zarówno czysto anarchistycznym (w formie i treści, tworzonym przez anarchistów na anarchistycznych zasadach), jak i po prostu  podejmującym temat anarchizmu, historycznie i politycznie. Zakres tematyczny planowanej publikacji to m.in. dzieła Jeana Vigo, Jeana Renoira, sytuacjonistów, surrealistów czy utopie i wolnościowe społeczności w kinie s/f, filmy społeczne ukazujące anarchistów czy też krytyczne wobec anarchizmu, antyautorytarne kino grozy itd. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do współpracy! Już teraz startujemy z cyklem spotkań i pokazów w Anarchistycznym Klubie Księgarni „Zemsta”, nie tylko ukazującym radykalną kinematografię, ale nade wszystko wiążącym ją z aktualnie toczonymi walkami społecznymi i wizjami innego, wspólnie tworzonego świata.

„Pała ze sprawowania” powstała w 1933 i od razu została objęta zakazem rozpowszechniania, uchylonym dopiero z końcem II Wojny Światowej. Uznano ją za „film antyfrancuski” (a szerzej: antypaństwowy) oraz „nawołujący do przemocy”. Nic dziwnego. Jej twórca, Jean Vigo, to jeden z nielicznych wybitnych reżyserów – anarchistów. Zafascynowany teorią i praktyką Francisco Ferrary, Errico Malatesty i Piotra Kropotkina, pragnął za pomocą kinematografu zarówno analizować rzeczywistość, jak i nade wszystko nawoływać do społecznej rewolty. Vigo był synem pary anarchistów, od dzieciństwa uczestniczył w spotkaniach aktywistów, jednak – również wskutek represji wobec jego rodziców – nie zaznał zbyt wiele rodzinnego ciepła. Jego ojciec, posługujący się od pewnego momentu pseudonimem Miguel Almereyda  (akronim zawołania hiszpańskich anarchistów: „A`a La Merde”; „A gówno !” to też hasło – klucz, rozpoczynające rewoltę uczniów w „Pałę ze sprawowania”), zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w więzieniu, zostając w pamięci chłopca jako mit działacza politycznego i po prostu dobrego człowieka. Niekochany przez matkę, przerzucany do kolejnych szkół z internatem (jako dziecko anarchistów musiał mieć zmieniane nazwisko), chorowity i wyobcowany, przyjaciół znalazł Vigo dopiero w jednej z grup anarchistycznych. Na podstawie praktyki i lektur stworzył swą własną mitologię anarchizmu, opartą na przekonaniach, że całkowite lub przynajmniej częściowe zniesienie rządu jest konieczne; że ludzie są z natury dobrzy, tylko psuje ich władza; że państwo jest narzędziem wyzysku i przymusu, natomiast społeczeństwo jest naturalne i wolne; że człowiek jako istota społeczna spełnia się w dobrowolnej pracy i nie znajduje zaspokojenia w niczym, co jest owocem przymusu; że zmiany społeczne muszą dokonać się za pomocą działań rewolucyjnych, z użyciem przemocy. Przyuczony przez jednego ze swoich „wujków” do zawodu fotografa, postanowił za pomocą „radykalnego kinematografu” analizować rzeczywistość z pozycji anarchistycznych (antycypując w tym sytuacjonistów) oraz nawoływać do rewolty przeciw wszelkiej władzy i hierarchii. Jean Vigo zmarł na gruźlicę w wieku 29 lat, realizując zaledwie 4 filmy, ale i tak jest uznawany za najbardziej konsekwentnego i najciekawszego z anarchistycznych twórców filmowych, rozwijającego każdym ze swych filmów język kina, a nade wszystko traktującego kino jako narzędzie demaskowania „społeczeństwa spektaklu” i nawoływania do obalenia zastanego porządku. Zapomniany przez blisko 30 lat, stał się wielką inspiracją dla  młodzieży z lat 50. i 60., zwłaszcza z kręgów francuskiej Nowej Fali i brytyjskich Młodych Gniewnych.

Jego trzeci (a pierwszy fabularny) film, oglądany po latach, wciąż zaskakuje bogactwem treści. Jego pozornie wątłą fabułę da się streścić w dwóch zdaniach, oddających jednak zawarty w nim potencjał anarchistycznej krytyki rzeczywistości: Po wakacjach Caussat i Bruel wracają do szkoły, gdzie wiodą życie smutne i nudne, tak jak każdy więzień. Jest jednak ktoś, kto planuje bunt… Vigo nie opowiada jednak po prostu historii buntu, ani nie kataloguje przykładów szkolnego terroru. Rozsiewa za to w całym filmie elementy anarchistycznej mitologii, a każdy jego – nawet wydawałoby się przypadkowy – element to składnik przemyślanej krytyki i podłożony ładunek wybuchowy pod opresyjny system. Wyszło to – nie do końca nawet zamierzenie  – podczas dyskusji po projekcji, której uczestnicy (choć początkowo bagatelizujący czy lekko nawet deprecjonujący film jako „nie dający pozytywnych przykładów”) doszli do tych samych wniosków, co reżyser (popartych w dodatku praktyką życiową). „Pała ze sprawowania”, zrealizowana częściowo jako film surrealistyczny, przedstawia unicestwienie systemu szkolnego jako mit (rozumiany podobnie jak Sorelowski „strajk generalny”), ale też konieczność. Oto metaforycznie brany przez uczniów za „trupa”  nowy nauczyciel (wzorowany zresztą na wspomniany Ferrarze, twórcy „wolnej szkoły”), symbolicznie „budzi się do życia” i od razu przystępuje do „sianiu fermentu”. Wierzy bowiem, że system można zreformować, tylko trzeba dać dzieciom wolność ekspresji i rozwoju, oderwać je od systemu nadzoru i terroru. Wzbudza tym oczywiście popłoch w reszcie „ciała pedagogicznego”, przedstawionego tu jako dosłowne i moralnie karły. Vigo analizuje szkołę z anarchistycznych pozycji, dowodząc, że opiera się ona na niesprawiedliwości, umacnianiu nierówności społecznych, stygmatyzujących stereotypach, ukrywaniu patologii, a nade wszystko – na tępieniu naturalnych dążeń ludzkich, co czyni zresztą każda władza. Reżyser wyprzedza w swej analizie nawet Michaela  Foucaulta, ukazując cały system szkolny jako narzędzie „nadzorowania i karania”, gdzie władza wręcz jawnie uzurpuje sobie „prawo do dotyku”, odmawiając tego prawa symbolicznie ludziom jej „podległym”. Uzasadnienie jest zawsze takie samo: my tylko „dotykamy”, dbamy o moralność i dyscyplinę, natomiast  potrzeba bliskości między uczniami jest „niepokojąca” i nienaturalna”. Tak władza, w ujęciu Vigo, sankcjonuje swoją przemoc, a przemoc społeczeństwa nazywa zbrodnią (w finale na zbuntowaną grupkę dzieci nasłane zostają uzbrojone oddziały policji). Jest oczywiste, że mimo starań „wolnościowy nauczyciel” nie ma żadnych szans. W momencie wybuchu rewolty pozostaje mu pomachać z sympatią kapeluszem. Jeden „dobry nauczyciel” nie ma szans. Trzeba zniszczyć cały system, tylko wtedy będzie możliwe tworzenie „wolnej szkoły” – zdaje się mówić, parafrazując Bakunina, Jean Vigo.

Bezkompromisowy film wywołał ciekawą dyskusję. Zwrócono uwagę na formalne i fabularne podobieństwa do późniejszego o 35 lat filmu Lindseya Andersona „Jeżeli…”. Nic dziwnego. Anderson nie ukrywał inspiracji filmem Jeana Vigo, są i tacy, którzy uznają „Jeżeli…” za swego rodzaju remake „Pały ze sprawowania”. Zresztą schemat fabularny powtórzono stał się na tyle nośny, że niemal każdy „classroom film” musiał się do niego odnosić, najczęściej poprzez powielenie. Wskazuje to poniekąd na uniwersalność podejmowanego tematu, co znalazło potwierdzenie w dyskusji.

Pomimo pierwszego wrażenia, że film Vigo nie daje pozytywnych rozwiązań, dalsza część spotkania pokazała coś wręcz przeciwnego. Tyle tylko, że nie jest to reformistyczna diagnoza, nawet na poziomie pokazania funkcjonowania „wolnej szkoły” na wzór Escola Moderna F. Ferrera. Pewne jej elementy tu występują, niejako symbolicznie, jest i „dobry nauczyciel”, ale jest to zaledwie jedna iskier do buntu, krok w dojrzewaniu do niego. Sama rewolta ma jeden cel – znieść cały system, bo tylko wtedy będzie można stworzyć wspólnie coś innego, opartego na dobrowolności i nie krepującego naturalnych predyspozycji rozwojowych.

Film filmem, ale w dyskusji – która skądinąd była też wprowadzeniem do październikowych spotkań wokół tematyki „wolnościowej edukacji” – padło wiele konkretnych uwag i refleksji, również ze strony praktyków, na temat różnych modeli „wolnej szkoły”, ale też szkolnictwa powszechnego. Przypomniano jego militarystyczną genezę (niewiele osób zdaje sobie sprawę, że powszechne państwowe szkolnictwo – w obecnej formie – jest wynalazkiem XIX – wiecznych Niemiec) oraz wciąż w dużej mierze nacjonalistyczny charakter. W istocie szkoła tak rozumiana jest instrumentem dyscyplinowania społeczeństwa, wdrażania ludzi do funkcjonowania w hierarchicznym systemie, a także swoistym poligonem przetrwania, uczenia się funkcjonowania w układach i zależnościach. Nikogo nie interesuje tak naprawdę ani rozwój, ani nauka rozwiązywania konkretnych problemów. Szkoła tak naprawdę – jak zauważono – niczego nie uczy. Te wszystkie „oceniane” umiejętności dzieci nabywają w domu i to w sposób naturalny, dobrowolny. Problem pojawia się przy standaryzacji. Dzieci na różnym etapie rozwoju, o różnej wrażliwości, często innych predyspozycjach, zmusza się do podlegania tej samej odstawi programowej, opartej na syllabusach i punktach, prowadzących do automatyzacji i zaniku myślenia. Bywa jednak i gorzej. Część uczniów „nie radzi sobie” z podstawą programową, co nie jest niczym dziwnym, zażywszy na to, iż ignoruje ona ich predyspozycje. Edukacja oparta na przymusie i schematach nie zdaje i nie może zdawać egzaminu.

A jednak system szkolny trwa, jest elementem polityki państwa, kształtowania tzw. „świadomości obywatelskiej”, polem rozgrywek politycznych – co pokazują zwłaszcza kłótnie o nauczanie religii, kanon lektur czy elementy naukowe lekcji historii. Szkoła jest instrumentem propagandy, ale niejako mimochodem – raczej wbrew sobie – daje swym swym wychowankom, raczej przypadkowo, pewne plusy. Istnieje szansa, że uczniowie naucza się dogadywać między sobą, współpracować, zrozumieją czym jest „dobro wspólne” czy inne pozamaterialne wartości.

Podczas spotkania przypomniano historyczne i obecne modele pozapaństwowego nauczania, takie jak rozmaite szkoły społeczne, demokratyczne, a także tzw. edukację domową. Większość z nich funkcjonuje w Poznaniu bądź w jego okolicach, czasem stanowią jednak dość drogą alternatywę dla szkolnictwa powszechnego, nie pozbawioną przy tym wad. Tak naprawdę nie ma jeszcze w Polsce wypracowanego dobrego modelu takiej choćby częściowo „wolnej szkoły”. Pewne jej elementy znajdujemy w placówkach typu (przytoczone na spotkaniu) Łejery czy w stawiających na różnie rozumiany „rozwój” dziecka placówkach społecznych. Nie w każdej spotkamy osobowości takie jak prowadzący Wielokulturowe Liceum Humanistyczne im. J. Kuronia Piotr Laskowski, częściej „zapycha” się uczniom dzień rozmaitymi zajęciami, nie zawsze przez nie wybranymi czy lubianymi. W ten sposób tworzy się iluzja „dobrej szkoły”, która „daje umiejętności”. Tak rozumiana „społeczna szkoła” często ignoruje potrzeby swych wychowanków, nie ma też jasnego stosunku do tzw. nowoczesnych przypadłości jak dysgrafia, dysortografia czy ADHD. W systemie szkolnym są one  elementem reżimu ocen i swego rodzaju „konkursu umiejętności”, który wdraża wychowanków do przyszłego „wyścigu szczurów”. Zwrócono uwagę na to, że rywalizacja w systemie szkolnym jest powszechna, prowadzi do segregacji społecznej. Terror ocen selekcjonuje uczniów i reprodukuje stosunki kapitalistyczne, co wspiera dodatkowo odgradzanie wychowanków od ich rodziców, napiętnowanie i straszenie (jego przykładem są arbitralne „oceny z zachowania”, ignorujące indywidualność i gloryfikujące konformizm).

Innym problemem, który poruszyli zebrani – wynikły również z ich doświadczeń życiowych – była świadomość zarówno rodziców, jak i dzieci. Często nauczyciele w szkole idą na „łatwiznę”, puszczając bardzo głośno filmy na sprzęcie video bądź konflikty między uczniami kwitując rozbrajającym „z nią/nim są problemy”. I tyle. Tak szkoła oswaja nas z poddawaniem się życiowym problemom i uleganiom przeciwnościom. Osobna sprawa to stosunek do szkoły rodziców, często zagonionych i funkcjonujących w reżimie pracy najemnej, koniec końców nie zastanawiających się nad szkołą i relacjami wewnątrz niej. Ba, często zrzekają się oni odpowiedzialności za swe dzieci, ale tez za szkołę jako instytucję. Szkoła ma zagospodarować uczniów podczas godzin pracy, nie angażując w ten proces za bardzo rodziców. Jednym się to podoba, innym nie, dla większości jest to wygodne. Przestaje takie być w momencie, gdy u dziecka pojawiają się „problemy”, a szkoła wysuwa kolejne „oskarżenia”. Dopiero wtedy dojrzewają problem – że „dla wygody” zamyka się przybory toaletowe w klasach, dzięki czemu brakuje ich w samych toaletach. Dla szkół nawet lepiej, bo przecież „są kradzieże”. Jednocześnie uczniowie – od najmłodszych klas – mają pogadanki z policjantami albo innymi „ekspertami” od narkomanii czy alkoholizmu. Uczy się ich jakie kary im grożą, a nie jak coś zrobić, jak sobie poradzić, jak wkluczać do procesów decyzyjnych. I na tym poziomie szkoła powszechna odtwarza stosunki władzy i podległości.

Spotkanie nie miało sztywnego charakteru, ale płynąc w różnych kierunkach, otworzyło wiele nowych pół dyskusji, do których z pewnością będziemy wracać.

Źródło: http://www.rozbrat.org/kultura/film/4183-paa-ze-sprawowania

Mateo Santos

Tagi

, ,

Mateo SantosMateo Santos – Urodził się w 1891 roku w Villanueva de los Infantes. Od 1926 do 1934 roku był redaktorem literackim barcelońskiego pisma „Popular Film”. Następnie stworzył inny filmowy magazyn – „Cinefarsa”. Współpracował z innymi publikacjami, a także redagował opowiadania i książki. Był aktywistą CNT-FAI. W swoim drugim filmie („El Movimiento Revolucionario en Barcelona”) zawarł ujęcia Barcelony chwilę po pokonaniu w mieście wojskowego powstania w 1936. Filmem tym otworzył rozdział anarchosyndykalistycznej kinematografii w Hiszpanii podczas wojny domowej. Chwilę przed zakończeniem wojny wyjechał do Francji, gdzie trafił do obozu więziennego. W 1948 roku przeniósł się do Meksyku, gdzie zmarł w 1964 r.

Filmografia anarchistyczna:

Reżyseria

  • Reportaje del movimiento revolucionario en Barcelona (1936)
  • Barcelona trabaja para el frente (1936)

Scenariusz

  • Barcelona trabaja para el frente (1936)
  • Forjando la victoria (1937)

Juan Garcia Oliver – przemówienie (1937)

Przemówienie anarchisty Juana Garcii Olivera wygłoszone w 1937 roku nad grobem Durrutiego w pierwszą rocznicę jego śmierci. Oliver wspomina początki „Nosotros” – anarchistycznej organizacji stosującej akcję bezpośrednią przeciwko „pistoleros”, pracodawcom, i rządowi. Przemówienie stanowi fragment filmu „20 de Noviembre” (1937) wyprodukowanego przez CNT, stanowiącego zapis obchodów pierwszej rocznicy śmierci Buenaventury Durrutiego.